piątek, 22 marca 2013

W ramach ostatnich rozmów w pracy, na temat stanu uzębienia postanowiłam wysilić się na ten wpis.  O kolorze zębów będzie.
 Papierosów nie palę, kawa - od czasu do czasu, w życiu codziennym głównie zielona herbata i zioła a jednak...
Trzy miesiące przed ślubem uparłam się jak pięciolatka, że muszę wybielić zęby, bo mam jakieś takie... nie takie jak powinnam mieć. Pomijając fakt, że dół mam krzywy jak Matko Boska, ale na założenie aparatu wciąż się zbieram i zbieram i nic z tego nie wynika.
W  czerwcu w Super Pharm Małż zakupił mi zachciewajkę. Zestaw "Biała Perła" za około 60 złotych. Zestaw wyglądał tak o: (ponieważ mój juz jest w potrzasku, korzystam ze zdjęcia http://caths-life.blogspot.com )

Czyli to są aplikatory gumowe do nakładania na zęby, żel wybielający i strzykaweczka do aplikacji żelu. Gumowce wkłada się do ciepłej wody pod wpływem której można dopasować je do kształtu własnej szczęki. Żelu wyciskamy ociupinę, bo potem wyłazi z tych aplikatorów i nie jest przesmaczny. Uzywałam tego wynalazku od czerwca do września w miarę regularnie - 2 razy dziennie po myciu, nosząc to przez godzinę. Na początku śliniłam się jak buldog, ale mi przeszło do tego stopnia, że nawet jeździłam rowerem z tym czymś w buzi. Dyskutować na tematy ważne w tym sprzęcie nie polecam ale da się w tym robić wszystko, z tym że nie zasypiamy z żelem w buzi.  Efekt był powalający.  Przez ten czas zęby nie popsuły mi się, nie bolały ani zęby ani dziąsła, nie zdarzyło się nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie - w dniu ślubu zęby miałam jak perełki. Podczas stosowania zestawu zużyłam jedną cała tubkę żelu i kolejną zaczęłam i zaniechałam - z lenistwa.  A może chciałam dla zdrowotności zrobić przerwę - nie pamiętam. Teraz minęło pół roku, bieli i perłowatości zębów ja już nie dostrzegam, ale ludzie  z którymi pracuję to widzą. Produkt oceniam na 10,5 w 5 stopniowej skali. Wart swojej ceny, a systematyczność i cierpliwość zostanie nagrodzona.
Zapuściłam się jeśli chodzi o biel zębów i zamierzam to zmienić. Przymierzam się do zakupu Blanx'a. Tylko musze przewertować internet w poszukiwaniu opinii kogoś kto już używał.

Dziś dzień Wody. Pijmy ją czyni cuda! Dobrego piatku:)

czwartek, 21 marca 2013

Dziś rzecz będzie o pachniuchach. Od lat zukam czegoś, co spełni moje wymagania co do zapachów w domu. Po latach prób i doświadczeń wiem, co na pewno się  nie nadaje:
- kadzidełka-smierdzidełka
- tealighty wszystkie jak leci nawet IKEowe nie podołały
- aerozole, spraye, wody zapachowe
- żelowe pachnidła

Są jednak takie cuda, które mnie uwiodły i jestem im wierna oto co polecam.

1. Pierwszym, niezdetronizowanym dotąd przez nic i nikogo jest zapach do kontaktu Ambi Pur:

W skali 1-5 oceniam go na 5. Używam go zarówno w Gdańskiej Dziupli, jak i domu rodzinnym od kilku dobrych lat. W skład zestawu wchodzi aplikator do kontaktu i buteleczka z pachniuszkiem. Zestaw w Rossmanie czy supermarkecie to koszt około 20 złotych, a sam pachniuch później to jakies 13-14 złotych. Może to nie jest mało, ale zapach jest bardzo wydajny, nie wietrzeje szybko. A wydajność to w sumie też poniekąd nasza decyzja. Atomizer/aplikator posiada pokrętło z 5 stopniową skala intensywności zapachu, gdzie 1 to już delikatniuśki zapaszek do małych przestrzeni a 5 to intensywny zapach nawet do dużych pomieszczeń takich jak salon. Wypróbowałam kilka wersji zapachowych. Raz jeden, jedyny udało mi się trafić na zapach lawendowy byłam urzeczona. Więcej nie dostałam nigdzie tego zapachu. Przez moje atomizery przewinęła się cała paleta tych zapachów, najbardziej odpowiadają mi wszelkie świeżości a odpada tylko anti tabac.

2. Kolejna rzecz absolutnie nie zdetronizowana to produkt Air Wick:

Zakupiłam ten produkt pewnego razu w Biedronce, pod wpływem promocji 18 złotych za zestaw atomizer+ zapach. Początkowo stał u wejścia do domu i był widoczny, choć posiada dzyndzel do powieszenia i jak wyremontujemy owo wejście to zapach tam powróci i zawiśnie dyskretnie. Teraz od kilku miesięcy stoi sobie na klatce schodowej. W trzypiętrowym domu gdzie zapach kotletów, miesza się z odorem palonych w piwnicy papierosów zapach na klatce jest potrzebny, bo tam się te smrodki kumulują. Postawiłam atomizer na parapecie, brak zapachu lub wyczerpanie baterii obwieszcza nam dioda która jak jest wszystko w porządku to świeci sobie na zielono, a jak coś nie gra to na czerwono.  Baterie wtmieniam rzadko, nastawiony na środkową intensywność zapach też trzyma długo. Sprzęt posiada regulację intensywności zapachu, co jakiś czas wypuszcza mgiełkę zapachu. U mnie króluje "świeże pranie" i nie jestem w stanie przekonać się do innego. Raz kupiłam "lawendę" i niestety dla mnie po prostu śmierdziała. Ocena moja 5 bez żadnych zastrzeżeń.

3. Nowy mój nabytek to pachnące kijaszki:)

To też moja zdobycz z Biedronki. Kupiłam od razu dwa jeden  "praniowy" jeden orchideowy. Przezroczysta buteleczka, szklana, wypełniona glutowatymi kuleczkami zanurzonymi w gęstej, maziowatej substancji pachnącej. Do tego kijki, jak do szaszłyków.  Im więcej ich wbijemy do buteleczki tym intensywniej będzie nam pachnieć. U mnie w maciupeńkiej kawalerkowej łazienczynie, wbite są wszystkie, zapach jest intensywny, pachnie już miesiąc i przy często zamknietych drzwiach jest intensywny ale nie przeszkadza.  Testuję orchideę i jestem bardzo zadowolona. Tymczasem świeże pranie zawiozę do DOMU i tam ustawię w  większej przestrzeni i będę testować w trakcie świąt. Na razie daję temu 4+ bo nie wiem jak będzie się sprawdzać w dużym pomieszczeniu.

4. A teraz wyniki testu hitu internetu : tadadaaaaam Woski Yankee Candle

Zachęcona opiniami blogerek, kupiłam, wynalazłam na allegro, jeden kosztował koło 6 złotych. Zamówiłam te trzy widoczne na zdjęciu i jeszcze lawenda+cytryna. We flo dokupiłam do zestawu kominek - nie chciałam od razu wydawać dużej kasy na profesjonalny kominek do rozpuszczania wosków. Wszystkie woski pachną cudownie! Chciałabym spróbować jeszcze kilku zapachów, i pewnie skuszę się kiedyś na świece od nich. Są duże ale niestety dośc drogie, zamierzam kupić je na Boże Narodzenie, chciałabym mieć ich kilka i niewykluczone, że po prostu co miesiąc kupię jedną. Ale do wosków. Pachą dobrze, intensywnośc zapachu zależy właściwie od tego ile wosku, rozpuścimy w kominku. Trwałość... hmm jak sie przebywa wśród tego zapachu to przestajemy go czuć, ale jak się wejdzie do miejsca w którym wosk się rozpuszcza lub rozpuścił to jeszcze długo czuć. Ze wszystkich kupionych przeze mnie, najbardziej nie pasował mi Child Wish. Nie wiem czemu no ma coś w sobie że nie i już:). Zamówię kolejną partię, zupełnie innych a powtórzę lawedowo-cytrynowy. Oceniam na 5. Szarpnę się na profesjonalny kominek, może z okazji urodzin... moich albo czyichś:).

5. Niekwestionowanym cudem zapachów w moim domu są olejki eteryczne. Królową jest róża ale ostatnio przy przeziębieniu rozgrzewałam w kominku anyżkowy. Pachniało ładnie, dobrze mi się po nim oddychało.  Olejki eteryczne trzeba kupowac dobrej jakości, najlepiej w sklepach zielarskich, wtedy ma to sens.


Tyle o tym co w domu pachnie. Z newsów powiem że FLO upada, trwa w sklepach tych wielka wyprzedaż, a że idą święta trzeba się tam wybrać:).
Pierwszy dzien wiosny w Gdańsku pachnie śniegiem i kawą.

Dobrego dnia!:)

piątek, 08 marca 2013

Dawno mnie tu nie było, za sprawą absorbującej mój cały czas pracy, którą w końcu udało mi się znaleźć.

Do rzeczy. Pod wpływem mnóstwa opinii, mnóstwa blogerek urodowych oszalałam na tle olejów. Zafundowałam sobie olej Monoi i wcierałam go we włosy, systematycznie dwa razy w tygodniu na godzinę lub kilka przed myciem. Zainwestowałam w lniany olej Budwigowy - bo miał regulować zapotrzebowanie na cukier, miał mnie dobrze nawilzyć i zadbać o mnie od środka. Rozpuszczałam 1 łyżkę oleju w szklance ciepłej wody, 1 raz dziennie... codziennie. Olejowałam twarz, bo miało to uspokoić moją nieco trądzikową cerę problematyczną tak, że ciężko sobie wyobrazić. Do tego myłam buzię mydełkiem Alepp i przemywałam hydrolatem oczarowym i tonikiem pichtowym. Odstawiłam mojego zbawcę - Afronis. Apteczny środek, silnie alkoholowy który rzez długi czas był moim ukojeniem dla problematycznej cery. Jak wspomniałam minęły trzy miesiące... A ja siedzę przed lustrem i jestem bliska płaczu. Wyglądam sto razy gorzej, niż w okresie dojrzewania. Moja broda jest usiana przebarwieniami, plamami potrądzikowymi. Nie ma na niej milimetra bez plamy, czy wyprysku. Problematyczna dotąd strefa T była moim jedynym problemem, teraz "cuda" rozsiały się na policzki.
Afronis wrócił na półkę, a plan jest taki, że trzeba spotkać się z dawno niewidzianym doktorem dermatologiem i pewnie dostanę taki antybiotyk, albo jakieś hormoniska... że głowa siada. Zawiodłam się, bo jestem bardzo pro eko a okazuje się, że to nie dla mnie. Odstawiam oleje, bo uważam je za głowny problem. Zdaję sobie sprawę z tego, że skóra ma prawo się oczyścić... ale nie 3 miesiące non-stop i w tendencji nasilającej się.

Moja herbaciana szafka kuchenna oprócz mieszanki : koper włoski, anyż, majeranek,  zagościł jeszcze bratek - bo dobry na trądzik i  ziele uszczepu - z tego samego powodu. Może to też te herbaty. Nie wiem, pojęcia nie mam co. Daję sobie trzy tygodnie na uspokojenie tego stanu, bo doproadza mnie to do histerii. Nie polecam więc olejowego szaleństwa tym, którzy mają trądzikowy problem - bo to się może nasilić.

W najbliższym czasie postaram się zamieścić recenzje dwóch nowych mieszkańców mojej kuchni: ekspresu Russel Hobbs, i parowaru Philips.

Tymczasem moje marcowe zdobycze:

1. Próbka perfum Calvin Klein Sheer Beauty,
2. Próbka perfum Davidoff Cool Water - miała być damska, którą kocham, ale Pani wcisnęła mi męską. Też uwielbiam, Małż ma 50ml i pachnie... obłędnie.
3. Odżywka do włosów Jantar - kolejny hit internautek. Kupiłam, zapłaciłam 10 złotych, wcieram dopiero 5 dzień - co będzie tego nie wie nikt.
4. Ziele uczepu - na ten trądzik, piję od wtorku, niewiele mogę powiedzieć - chwilowo przepełnia mnie trądzikowa rozpacz.
5. Zbawca mojej twarzy - Król Afronis.
6. Krem do rąk Herbal Care - regenerujący do rąk i paznokci, alloesowy. Bardzo naturalny, zupełnie bez parabenów, do dostania w Naturze za 3 złote z groszami. Sprawdza się i to bardzo.
7. Korektor KOBO Perfect Kover Stick kolor 103 Beige - pomaga mi zatuszować te niespodziewanki skórne.
8. Podkład Catrice Infinite Matt, w oklorze 020 Honey Beige - pasuje mi - kolorowo, cenowo, przypudrowany trzyma się całkiem długo.
9. Anty-perspirant Ziaja Bloker - naprawdę skuteczny środek.
10. Collistar krem BB - jeszcze nie spróbowałam to jest próbeczka - jestem ciekawa tego produktu.
11. Zapach Cartier - cudny, świeży, z początku jakiś taki leśny, zatęchły ale jak się utlenia na skórze... marzenie
12. Zapach Lady Million - tak powinna pachnieć kobieta na wieczornym wyjściu.
I jeszcze czarne puzdereczka
z wierzchu Catrice Prima and Fine - puder rozświetlający - fajny, lekki produkt, na codzień do pracy. Nie błysczy się jak dyskoteka:)
pod nim  podkład Avon ideal flawless w kolorze ivory - swego czau mój hit nad hity, ale z kryciem pryszczy sobie nie radzi.

To tyle. Początek marca obfitował jeszcze w zapachy dla domu - dużo się dzieje a dziś dopiero 8!
Lecę smazyć szpinakowe naleśniorry:) Z okazji Dnia Kobiet wszystkim życzę dużo słońca, ciepła, szczęścia, zdrowia i miłości!!

Dobrego dnia.

sobota, 16 lutego 2013

Wszyscy mieli grypę - mam i ja! Choróbsko dorwało mnie w domu rodzinnym, zatkało nos i drapiąc w gardło powoduje kaszel. Delikatny nieład panujący wszędzie nie pozwolił mi jednak oddać się byczeniu i chorowaniu, więc musiałam się jakoś ratować. Z pomocą przyszedł mi pewien pachnący olejek ale o nim innym razem bo dzisiaj o włosach.
Niedawno, na blogu alinarose.pl zetknęłam się z kosmetykami Babuszki Agafii, zaopatrzyłam się w serum do 35 roku życia i drożdżową  maskę do włosów wspomagającą ich porost.
Oto skrócony opis "aktu urodzenia" tegoż produktu:






RECEPTURY BABUSZKI AGAFII:

DROŻDŻOWA MASKA DO WŁOSÓW
STYMULUJE WZROST WŁOSÓW
Sposób użycia:
Nanieść maskę na czyste i wilgotne włosy i skórę głowy. Rozprowadzić równomiernie. Po 1-2 minutach zmyć ciepłą wodą.
Objętość opakowania:  300ml
Skład: Aqua with infusions of: Yeast Extract, Betula Alba Juice; enriched by extracts: Inula Helenium Extract, Arctostaphylos Uva Ursi Extract, Silybum Marianum Extract, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Guar Gum; cold pressed oils: Triticum Vulgare Germ Oil, Ribes Aureum Seed Oil, Pinus Sibirica Cone Oil, Rosa Canina Friut Oil, Ascorbic Acid, Panthenol, Glucosamine, Citric Acid, Parfum, Benzoic Acid,  Sorbic Acid.

Czas  na moje zdanie i będzie to metoda zalet i wad, zacznę od zalet:

Plusem
jest zapach,  ponieważ nie dusi, nie odrzuca, nie ma woni nachalnych perfum zgnil
ego siana a tym bardziej drożdży.
+ cena, zapłaciłam za nią 22 złote już z przesyłką
+ dobrze się rozprowadza
+ skład fajny, naturanly
+ ładna etykieta taka właśnie staro-modne eko:)

Minusy:
Wadą produktu jest konsystencja - nie przypomina to maski, raczej zwykłą odżywkę - lejąca maź
kolejny minus to opakowanie takiej rzadygi - po otwarciu paczki byłam przekonana że zawartość słoika wyleje mi się na ręce
- dozowanie a to już wynika chyba z poprzednich dwóch wad - to powinno być zamknięte w tubce albo butelce z pompką
- wydajność - jak wydobędę  odżywkę/maskę ze słoja to albo jest jej za mało, albo za dużo i mi się rozpaćkowuje po całej podłodze

Wrażenia użytkowe:
Maskę stosowałam 1razy w tygodniu pod czepkiem 30-40 minut, i wg zaleceń producenta 1-2 minuty, wcierałam  w skalp i nakładałam na same włosy - nie obciąża, włosy dobrze się rozczesują, ładnie pachną, są gładkie i lśnią. Niestety zależało mi troszkę na tym poroście a niewiele z tego wynikło. Być może za krótko ją stosuję bo to moje pierwsze opakowanie, może powinnam używać ze trzy miesiące... ciężki temat, bo odrzuca mnie przede wszystkim ta konsystencja i to opakowanie nieporadne do tego produktu. Używać - nie używać dalej oto jest pytanie...
środa, 13 lutego 2013

Masakra. Tak w skrócie można określić to, co udało mi się ze sobą zrobić na przestrzeni tygodnia. Lenistwo totalne doprowadziło mnie do tego, że przestałam się kontrolować. Składa się na to brak pracy i niezmienne siedzenie w domu, na dupie, na 25 metrach. Prawie się nie ruszam - więc kalorii nie spalam, ale dostarczam ich sobie... hoooo owszem tak. W weekend totalnie odpuściłam picie oleju i taki stan rzeczy utrzymuje się do dziś, pofolgowałam sobie nabiałem, zbyt dużą ilością spożytego pieczywa, zbyt późnym podjadaniem, wytrąbiłam puszkę piwa, zeżarłam bezwstydnie pączka, ze dwie chałwy... efekty są - a jakże. Twarz moja wygląda sto razy gorzej niż podczas oczyszczania olejem, guzy są większe, jest ich więcej, są bolesne, że o tym co pokazuje waga - nie wspomnę. Źle się dzieje skoro najwygodniej mi w o dwa numery za duzych na mnie spodniach dresowych Małża. Mam 6 tygodni żeby doprowadzić się do porządku. Nie wiem jak to zrobię, jakim sposobem pojęcia nie mam. Bieganie mnie obrzydza na samą mysl, na siłownię ani żaden fitness nie pójdę z racji bezrobocia. Kije do nordic-walking przecenili w Biedrze na 23 ziko i chyba to jest mój jedyny ratunek dopóki nie będzie aury na rower.
Tymczasem fascynuję się herbatą poleconą przez Alinę z bloga alinarose.pl. Mowa o herbatach Cosmoveda.Połączenie lawendy z ananasem intryguje mnie, więc już kupuję i będę degustować.
Za dzień walentynki - dotąd średnio obchodzone przez nas święto w tym roku będzie celebrowane. Małż zażyczył sobie krewetki - będą więc, do tego brokułowy krem z kaszą jaglaną dla żony i bez dla Małża i pewnie deser ale tylko jedna porcja i to nie dla mnie. Robię też sałatkę - przecudownie pyszną, na którą przepis na dnie wpisu.
Zaobserwowałam jeszcze zbawienną moc świeżego selera. Przemyciłam go w misie pełnej jabłek podczas wieczornego oglądania seriali - poszedł jak woda w obie strony:) Ma bowiem właściwości moczopędne i przeczyszczające, jest sam w sobie pyszny i ma 21kal w 100 gramach, jeszcze przekonam się do selera naciowego i będzie już w ogóle czad i bomba.
Kajam się zatem i wstyd mi za samą siebie i przed samą sobą że się dopuściłam takiego obleśnego stanu.

Sałatka czadowa!:)
Opakowanie sałaty - rukola
Pierś z kurczaka
Pestki dyni
Ser żółty 20 dag (mozna sobie darować)
Cytryna

Kurczaka kroimy w drobną kostkę, obsypujemy ulubioną przyprawą u mnie to pieprz, sól i tymianek, smazymy na suchej patelni. Sałatę myjemy, wrzucamy do miski, na to kurczak, na ro starty na dużych oczkach żółty ser. Pestki dyni prażymy na patelni posypujemy na wierzch. Z soku z połowy cytryny, oraz ulubionych przypraw robimy sos, polewamy sałatkę i już. Koniec.:)

czwartek, 07 lutego 2013

Ciężki dzień przede mną. Nowa bateria, którą wczoraj sprezentowaliśmy naszej wadze łazienkowej zmroziła nas... nieco. O ile Małż może cieszyć się z wyniku bo wiecznie chudy jak patyk, o tyle ja - wieczna pyza - mniej. A dzisiaj Tłusty czwartek. Nie jestem jakąś straszliwą fascynatką pączków, faworów, rurek z kremem i czego tam jeszcze - zawsze ale to zawsze zawsze po tych zakupionych w sklepach mam rewelacje żołądkowe - ból niemożebny. Ale, ale... w domu lubię zrobić pączki hiszpańskie, albo churros. I miałam taką cichą nadzieję, że apetyt i chęć zaspokojenia potrzeb cukrowych mojego Małża będą cudowną wymówką do zrobienia i zjedzenia takich pyszności. Ale ta wczorajsza waga... No way. Smażenie w domu bez okapu na 25m kwadratowych włazi we włosy, spodnie, kurtki, firany - we wszystko. Smażone tuczy, jest niezdrowe. Koniec i kropka. Ale tłusty czwartek atakuje mnie zewsząd więc odwracam swoją uwagę.
Kupiłam wczoraj w Bierdonce Azalię- drzewko, śliczne bladoróżowe za 10 złotych i dziś dokupię kolejne. Będzie się cudnie prezentowało w białych doniczkach na ciemnym dębowym parapecie.
Jakiś czas temu spragniona zapachu innego niż dymy kominów - bo tylko tym pachnie zimowa wieś - zaczęłam eksperymentować ze świecami zapachowymi. Na pierwszy ogień poszedł trójpak ciasteczkowy za 10 zł z IKEA. Ładnie wyglądają i z bliska pachną obłędnie, palą się długo, po wypaleniu zostają bardzo estetyczne szklane lampiony na tealighty. Zapach za to w skali 1-10 jest na...5 i szybko się ulatnia. Miałam trzy takie zestawy wszystkie o jednakowym zapachu. Potem zakupiłam cudnie opakowane świeczki różane też IKEA. Ceramiczny lampionik z różyczkami wokół, w środku różowy wosk o zapachu różanym:) To co poprzednio: zostają ładne lapionki na tealighty, z bliska pachną jak różany ogród, ale intensywność zapachu palącej się świecy pozostawia wiele do życzenia, według powyższej skali: 3. Teraz testuję 36 tealightów porzeczkowe bodajże też z IKEA za 10 czy niewiele więcej złotych. Pachną ładnie ale głównie zamknięte w szufladzie. Niestety w domu czuć je tylko jak już zgasną i jest to smrodek spalonego knota a nie porzeczkowy zapach wosku. Także jak poprzednio 3 i to z minusem.
Zakupiwszy ceramiczny, biały kominek we Flo nabyłam doń różany olejek. I... było dobrze. Pachnie ładnie, natężenie zapachu w zależności od ilości wlanego olejku ocena: 9.
Teraz "zasadzam" się na woski marki  Yankee Candle. Tylko mam problem - który wybrać, bo nie mam zupełnie pojęcia jak one mogą pachnieć. Boję się słodkich, ciężkich, lepkich, mdłych zapachów. I boję się, żeby na przykład zapach morski nie trącił kostką z muszli klozetowej. Na duże świece się na razie nie szarpnę bo szkoda mi pieniędzy zwłaszcza, że nie znam zapachów a ceny są... 80-90 zł. Ale zainwestuję w woski "na ślepo" na Allegro są po 6 złotych kupię więc kilka na próbę.  A w przyszłości kupię również ich marki kominek do palenia wosków bo w jednym jestem zakochana.
Zapachy, które na stałe mieszkają w moim domu, to olejki od Air Wick wkładane do kontaktu w łazience i spray "Świeże pranie" którego używam najczęściej latem w wietrzne dni spryskując delikatnie firanę.
Tymczasem korzystając z Gdańskiego słońca idę na spacer brzegiem morza, odwracając uwagę od tłustego czwartku.

poniedziałek, 04 lutego 2013

Zaczynam dzisiaj od recenzji sprzętu wyciskającego sok z wszelkiej maści owoców i warzyw.
Zelmer Juice Maker dostałam w prezencie ślubnym we wrześniu od mojego ukochanego szwagra na moją wyraźną prośbę. Od tego czasu używam tej cudnej maszyny dość regularnie. Raz lub kilka razy w tygodniu w zależności od posiadanego czasu.
Co o niej myślę...:
1. Jest nieduża, wąska, czarno-srebrna  pasuje stojąc w tradycyjnej kuchni jak i w nowoczesnej a jeśli miałaby być schowana to też nie zajmie dużo miejsca.
2. Dołączone są do niej dwa dzbanki przezroczyste po 1200 ml każdy - jeden na sok drugi na odpady od warzyw/owoców/ziół/liści
Odpady, które zbierają się do jednego z dzbanków są absolutnie suche, jak wióry/ trociny dla chomika - znaczy sok jest wyciśnięty do granic możliwości, niestety sam sok który wpada do dzbanka nie jest zupełnie klarowny. Na dnie osadza się taki jakiś mus, pulpa - ze wszystkiego. Mam na to swój patent : na dzbanek nakładam plastikowe sitko, dzięki czemu pulpa zostaje na nim i nie wpada do dzbanka.
3. Maszyna jest głośna. Bardzo i to jest jej minus.
4. Wewnątrz składa się z sita/przecieraka który nie myje się zbyt cudownie. Trzeba na to poświęcić troszkę czasu i przyłożyć się żeby było to czyste i zadbane.
5. Warzywa/owoce wcześniej warto sobie przygotować: wyszorować niekoniecznie obierać bo skóra zawiera najwięcej witamin, pokroić na kawałki w przeciwnym razie maszyna dławi się ma ciężko z tarciem.
6. Soki są do spożycia teraz zaraz ewentualnie przechowane w lodówce wytrzymają 24 godziny.
 Soki robię z tego co popadnie choć zwykle w dwóch wariantach smakowych, bowiem mój Małż nie wszystkie połączenia warzywne toleruje.
Dziś do obiadu serwuję wersję Żonową:
Kilogram buraków - małych
Dwa jabłka - koksa pomarańczowa  zostawia najmniej pulpy
Dwie Marchewki
Seler - raczej średni
500 ml
Oraz Wersję Mężową:
Kilogram marchwii
Trzy jabłka
Połowa selera.
800ml.
Próbowałam już też przecierać natkę pietruszki chociaż pora roku jest średnia na pietruszkę... to sok wyszedł pyszny. Połączyłam ją z jabłkami, a pęczki natki były dwa. Soku wyszła szklanka ok.250ml więc roboty było sporo przed zrobieniem soku i po - przy myciu maszyny a efekt ilościowy średniuchny.
Moja opinia: Nie kupiłabym sobie tego cuda sama, byłoby mi szkoda pieniędzy a tak mam i używam. Jestem bardzo zadowolona, soki mają świetny smak, jest ich dużo. Wiosną planuję zrobić własny sok z pokrzywy z pomocą właśnie tej maszyny. Polecam, ale przede wszystkim fanatykom świeżych soków, tym którzy lubią wiedzieć co tak naprawdę piją.

Tymczasem po weekendzie w maminej kuchni trzeba dojść do własnego nawyku żywieniowego. Idąc tym tropem w garach bulgocze dziś dietetyczny jaglany krupnik.
Wynalazłam go wertując książkę Stefanii Korżawskiej "Odchudzanie bez odchudzania", która pisze tam że to jest dobra zupa oczyszczająca, można pić ją  4-5 razy dziennie w diecie oczyszczającej właśnie. Uważam że to właśnie zupy a nie drugie dania stanowią bazę naszych obiadów. Gorące, pożywne dostarczają witamin i rozgrzewając wspomagają metabolizm.

Dietetyczny jaglany krupnik oczyszczający:
2 selery
5 marchewek
0,5 cebulki
1 liśc laurowy
2 kuleczki ziela angielskiego
pieprz/sól do smaku.
opcjonalnie suszone grzybki
Seler i marchew trę na tarce, na oczkach jarzynowych, zalewam wodą wrzucam listek i ziele - zagotowuję. Po chwili gotowania dorzucam trzy- 4 łyżki kaszy jaglanej uprzednio przepłukanej. Gotuję. Kiedy już kasz zmięknie dorzucam namoczone uprzednio suszone grzyby, doprawiam.Gotuję znów chwilę dodaję koper i natkę - bo uwielbiam... i zjadam gorącą, pyszną... mniam

Ponieważ dzisiaj w Gdańsku nie ma już zimy, śnieg się zdematerializował, mrozu nie ma, ptaszory zaczęły śpiewać i choć nie ma słońca to jest tak wczesno-wiosennie...ach marzenia:)
Kupiłam olej budwigowy za 0,5l. zapłaciłam 15 złotych. Cudnie.
Teraz zakupię jeszcze olej migdałowy do OCM-u. Guzy na twarzy niestety wciąż się pojawiają, bolą, nie wyglądam ślicznie ale trwam w postanowieniu. Chociaż w tym bo ćwiczenia z Ewą Chodakowską odpuściłam, ale wrócę do nich.

Ciepłej zupy i dobrego dnia!

czwartek, 31 stycznia 2013

A więc poszło mi tak sobie...
Butelka oleju lnianego już prawie pusta, łącznie picie trwało nieco ponad dwa tygodnie, z tym, że zastępuję ostatnio masło olejem lnianym podczas smarowania bułek a także dodaję ów cud do surówek i OCM - więc zuzycie mam spore. Pani w świetnym sklepie zielarskim powiedziała mi, że 0,5l oleju lnianego, przy spożywaniu 1 raz dziennie po 1 łyżce przez1 osobę starcza na 21 dni. Mój zafundowałam w sklepie pod blokiem, kosztował ponad 10 złotych a teraz pójdę w Budwigowy.

Wrażeń moc.
Jeśli chodzi o wyrównywanie poziomu cukru przez olej lniany, a co za tym idzie zmniejszenie "ciągoty do słodyczy" to się nie zgadzam. Mnie jak ciągnęło tak ciągnie.
Buzia mi dziękuje serdecznie za to czym ją odzywiam od środka - olej oczyszcza mi organizm - wywaliło mi takie guzy na twarzy jakich świat nie widział. To niestety norma oczyszczeniowa.
Skóra bez szczególnego balsamowania jest nawilżona w stopniu... poprawnym. Daleko jeszcze do ideału, natomiast nie wygląda już jak żywy pumeks.
Poprawił mi się stan włosów mam masę baby hair, paznokcie rosną zdrowe i mocne, nie zadzierają mi się skórki, nie mam zajadów.
Przede wszystkim przeszliśmy z Małżem sezon grypowy i pluchę bez uszczerbku na zdrowiu bez najmniejszego katarku.

Upadać jest rzeczą ludzką
Bilans tego tygodnia to 3 chałwy i 1 piwo słodkie. Przyznaję poległam na tym polu a weekend nie zapowiada się lepiej bo wizyta w domu i tam rozpusta kulinarna w wykonaniu mojej mamy.

W kuchni zagościła kiełkownica - chlebaka dorobić sie nie możemy ale takie wynalazki kupujemy z zapałem. Urządzenie zakupione na Allegro za jakieś tam 20 złotych + kiełki:
- brokuła
- siemienia
- kolendry
- rzeżuchy
-rzodkiewki
- słonecznika.
Wysiew rozpoczęty: brokuł, rzeżuszka i słonecznik siedzą w machinie od wtorku podlane są dziś po raz drugi w swym żywocie i już... kiełkują - bo co innego mają robić.
Moc witamin nieprzebrana w nich tkwi więc... siejmy!

Herbata si ju lejter.
Olaliśmy herbatę jakiś czas temu. Z książek Stefanii Korżawskiej - bogini ziół i zdrowego żywienia - wyczytałam mieszankę taką oto:
- 50 g. owocu anyżu
-50 g . kopru włoskiego
-50g. majeranku
Ja daję wszystkiego po setce bo co to jest tyle. Herbata ma cudny smak dzięki anyżowi i cudny zapach. Według moich ustaleń świetnie wpływa na trawienie redukuje (potworne w moim wypadku) bóle menstruacyjne do zera.
Oprócz tego pijemy pokrzywę suszoną - na oczyszczenie i bratek - dla trądzikowców.
O herbatach napiszę w poniedziałek, bo to ciekawy długi temat.

Wyzwania kolejne
 Udaje mi się unikać nabiału w prostej postaci. Zeżarłam tylko twarożek w tym tygodniu ale z taką ilością Biedronkowych kiełków że właściwie to były kiełki z odrobinką twarożku.
Od poniedziałku wcielam w życie siemię lniane, mleko owsiane - made by my self a także kontynuuję zabawę z olejem Lnianym teraz Budwigowym, tak by to trwało 3 miesiące.
Nie żreć słodyczy, nie spożywać alkoholu ani trochę ani wcale!!!!

Pijmy olej, jedzmy kiełki a świat stanie się piękniejszy.

wtorek, 22 stycznia 2013

Zdrowy tryb życia nie jest moją mocną stroną, ale raczej jeśli chodzi o aktywność fizyczną a nie o sposób odżywiania. Szczerze jednak przyznać muszę, że mam swoje małe grzechy, a największym kusicielem jest mój ukochany mąż. Mężczyzna postawny, wysoki szczupły, pracuje fizycznie szybko wszystko spala i kocha słodycze jeść i przynosić do domu. Stąd zdarza się chałwa, serniczek, ciacho, jakieś piwo, chipsy, słodkie rurki... Basta! Mężowi przyda się słodyczowy detoks a ja zaczynam "dwa tygodnie bez". Na początek bez tych słodyczy w ogóle i w ogóle bez alkoholu - ale z tym mam najmniejszy problem. Od pewnego czasu zwracam również uwagę na zawartość tłuszczy trans w produktach i omijam je w miarę możliwości szerokim łukiem.
o tych tłuszczach możecie poczytać w internecie. Generalnie są to utwardzone tłuszcze roślinne, niezbyt dobre dla naszego serca, zył, cholesterolu etc. Kolejnym moim "bezem" będzie mleko i szeroko pojety nabiał, bowiem okazuje się, że produkty tego typu nie są wcale zbawienne dla dorosłych zwłaszcza z cerą problemową. Ziemniaki i  cudaki z nich też raczej odstawiam. Chciałabym przy tym wszystkim zacząc się ruszać- czego nienawidzę ale może spróbuję z Ewą Chodakowską... powinnam.
Na dzień dobry łykam tran z rekina - dla mojej odporności, piję łyżkę oleju lnianego rozpuszczoną w szklance ciepłej wody no i zjadam śniadanie... chwilowo  ciężko je nazwać modelowym. Zaczynam więc walkę o siebie, o swoją kondycję, skórę, odporność. Przygotowuję się do nadchodzącej wiosny, lata, nowych wyzwań, może nawet ciąży. Czas najwyższy coś zmienić! A dzisiejszy dzień jest dobry do zaczęcia zmian... jak każdy inny:)
O perypetiach i jadłospisie będę informować.